W pogoni za sensacją. Czemu nie za prawdą?

Wszyscy chyba od dawna obserwujemy takie oto zjawisko, że dziennikarstwo zmierza niestety do tabloidyzacji, a co za tym idzie do pogoni za sensacją. Wiadomo też, że wydarzenia negatywne, wszelkie patologie, afery i skandale są wśród tych sensacji najbardziej chwytliwe. Eskaluje się więc konflikty, rozdrapuje tragedie, a jeśli niczego takiego nie ma na podorędziu, to się je tworzy. Byle temat się sprzedał, byle było głośno, byle by była kasa.

Trzeba sobie tylko zadać pytanie, kto to robi - po pierwsze, a po drugie - dla kogo? Bo wydaje się, że jednak świat dostarcza ludziom ciekawszych wrażeń niż przekłamane informacje o celebrytach. I też chyba niemało jest takich czytelników czy widzów, którzy rzetelnej informacji o interesujących sprawach są spragnieni.



Wiem, zawsze można powiedzieć, że media dostarczają ludziom takich informacji, na jakie jest popyt. Ale tu kłania się nisko zagadnienie ostatnio trochę jakby wstydliwe, a mianowicie kształtowanie ludzkich postaw, szerzenie wartości, które w efekcie wszystkim nam będą dobrze służyć. I niech nam się to nie kojarzy z XIX-wiecznym kagankiem oświaty, nie, nie chodzi o moralizowanie. Chodzi po prostu o to, żebyśmy naszego życia społecznego nie opierali tylko na najniższych ludzkich instynktach. One tkwią w każdym z nas gdzieś na dnie, ale to nie znaczy, że mają stać się wzorcem postępowania.

Dlatego dziennikarzom przydałaby się nie tylko wiedza warsztatowa, ale może przede wszystkim zajęcia z etyki. Niechby się dowiedzieli, że manipulowanie ludzkimi emocjami czy zwykłe kłamstwo, to nie dowód polotu i błyskotliwości, tylko braku zasad.

Rozważania moje snuję po lekturze artykułu w ostatnim Wprost na temat popularnych miejsc w Polsce, pt. “Miejsce mówi za ciebie”. Autorzy artykułu absolutnie wszystkie informacje przekręcili, ani jedna z nich nie jest prawdziwa! A szkoda, bo to umniejsza wartość artykułu, skądinąd bardzo interesującego. Cieszymy się, że autorzy nas dostrzegają, ale nie wyznajemy zasady "źle czy dobrze, byle głośno".

Pracujemy po to, by stworzyć warszawiakom miejsce, w którym mogliby się spotykać, dyskutować i dobrze się bawić. Oczekiwać by można ze strony dziennikarzy wsparcia, a nawet - ośmielę się to napisać - wyrazów uznania czy zwykłej radości, że takich miejsc, jak Plac Zbawiciela jest coraz więcej, że młodym warszawiakom chce się je tworzyć. Bo to przecież oznacza, że ze społeczeństwa mocno zatomizowanego w czasach PRL-u stajemy się społeczeństwem obywatelskim, poszukującym swojej tożsamości. Społeczeństwem, w którym młodzi może i cieszą się z dobrej jakości laptopa, ale też myślą o tym, że wspólnota ludzi jest wartością nie do przecenienia.
I mam żal do autorów artykułu o to, że nie doceniają pozytywnych zjawisk społecznych, tylko doszukują się konfliktów, których w dodatku nie ma.

Nie chcę rozwijać tematu, bo przywoływanie treści artykułu byłoby tylko wzmaganiem szumu informacyjnego.

Mój wpis nie ma na celu obrony przed atakiem dziennikarzy, bo nie musimy się bronić, jest raczej refleksją nad poziomem dziennikarstwa. Stanowczo za niskim jak na potrzeby społeczeństwa świadomego zarówno swojej roli, jak i swoich potrzeb.
Trwa ładowanie komentarzy...